Cisza wyborcza

Notatka na marginesie

Miałem wczoraj chwilę „na mieście”, usiadłem więc w kawiarni, otworzyłem Worda i jedyne co napisałem to „Idzie burza.”

Bo szła burza, zwiastowana ciężkim powietrzem i lekkim wiatrem, a potem przyszła, więc już nic mi się nie chciało, pograłem sobie wieczorem w „The Cave”, taką przygodową platformówkę, która jest dekonstrukcją przygodówek.

I pewnie od tej burzy i tej gry przed snem śniły mi się całą noc, jak to mówi mama, głupoty.

Całego snu nie opowiem (byli tam m.in. amerykańscy szpiedzy ewakuujący się śmigłowcem, hm, to może akurat od „Transformersów 3”); ale zakończył się scenką ciszy wyborczej: festynem przedwyborczym, w czasie którego nie wolno było emitować haseł ani nazwisk kandydatów, więc zamiast tego na plakatach, telebimach i w radiowęźle było widać i słychać obelgi pod adresem niesprecyzowanych przeciwników, takie jak „faszyści” i „cebulaki”.

Król gołębi

Notatka na marginesie

Król gołębi nosi kolię z wydziubanej — została sama skórka — kromki chleba. Paraduje w niej dumnie. Przechodzący człowiek się przejmuje, że król pewnie nie umie zdjąć tej pięknej ozdoby. A on po prostu nie chce, ofiarowanej pomocy nie przyjmuje. Zdjęcia też nie chce. Ucieka przed obiektywem. Jeszcze inni zobaczą na facebooku, przyjdą i zabiorą.

Zaginiona arka

Notatka na marginesie

Albo gdy uświadamiasz sobie, że na początku „Poszukiwaczy zaginionej arki” Indiana Jones umiera postrzelony zatrutą strzałką przez krajowców, w agonii halucynując swoje bohaterskie przygody, fantazjuje o młodych studentkach oraz powrocie do dziewczyny, którą kiedyś skrzywdził i odkupieniu: tylko tak można wytłumaczyć fakt, że facet traktuje biblijne legendy jako „historię”, chociaż doskonale powinien wiedzieć, że została zmyślona.

Dziewczyna z czerwonym kwiatem

W połowie drogi powrotnej autobus wjeżdża w deszcz, krople głośno rozbijają się o szyberdach, pęd maluje ukośne paski strużek na szybie. W środku poruszenie, pasażerowie wyciągają szyje w kierunku okien, oceniają wiszące nad miastem monstrum, czy jego cielsko sięga aż do docelowej dzielnicy? Co czeka na końcu podróży, ulewa czy łaskawość pogody? Punkt przesiadkowy, nieszczęśnicy odbijający na północny  wschód po przekroczeniu rzeki wysiadają wprost w ścianę wody.

Nie myślę o deszczu, zabraliśmy parasole. Cały dzień, jak na złość, niepotrzebne, zbędny balast, nagle okazują się strzelbami Czechowa. Nie myślę o deszczu, myślę o rzeczach zabranych z rodzinnego domu, które wiozę w plecaku. Zbiór opowiadań Romana Bratnego, który nie wiadomo skąd wziął się na maminej półce. Ja go nie kupiłem, widzę ją pierwszy raz w życiu, mama też nie kojarzy, zagadka. „Historie miłosne pod psem”, 1994. Mam słabość do prozy Bratnego, sam nie wiem dlaczego. Wyobrażam sobie, jak naciska klawisze maszyny do pisania, mocno, z całej siły, jak spust karabinu. Okładka, esencja dziewięćdziesiątyzmu, trochę mu jej zazdroszczę, wrzuciłem ją na facebooka, ale chyba nikogo nie interesuje proza, dyskusja w komentarzach zdryfowała na stare polskie komiksy przygodowe z wąsatymi bohaterami i dziewczętami w bikini.

W plecaku mam jeszcze magnetofon National Panasonic, kaseciak niewiele większy od walkmana. Surowy kanciasty japoński design pierwszej połowy lat 80. Czy tak William Gibson wyobrażał sobie moduły osprzętu do podróży po cyberprzestrzeni? Trzydziestoletni magnetofon, na którym słuchałem pierwszych własnych kaset, soundtracku z „Podróży pana Kleksa” i „Das Boot” U96. Wciąż sprawny, wciąż użyteczny, przypominam sobie, jak nagrałem na nim wywiad z Takkyu Ishino. Czternaście lat temu. Działa na cztery paluszki AA.

Wiozę też aparat LOMO LC-A. Miałem go w czasach, kiedy jeszcze nie był kultowym aparatem założycielskim hipstafotografii. A teraz umyśliłem sobie, żeby wrócić do analoga, kupić film i porobić trochę zdjęć z większym namysłem, w ciemno, bez natychmiastowej transmisji. Po co? Nie wiem, po prostu lubię ten aparat. Rozczula mnie. Tak samo rozczula mnie ten recorder Panasonica.

Myślę o tym, jak bardzo lubię przedmioty. Może za bardzo. A potem przychodzi mi do głowy myśl kolejna, że tak naprawdę przecież w ten sposób po prostu lubię siebie, wspomnienie miłych sytuacji, w których mi te przedmioty towarzyszyły. I postanawiam się nie zmieniać.

Dojeżdżamy. Wciąż pada. Ludzie chowają się pod postawionymi kołnierzami, kapturami, biegną, jakby w ten sposób chcieli przechytrzyć ulewę, co na wiele się nie zdaje, rozbryzgują jedynie kałuże ochlapując się wzajemnie. Idziemy spokojnie z parasolami, bo nie ma się po co śpieszyć, i widzę, jak wyprzedza nas dziewczyna z czerwonym kwiatem. Wyróżnia się, idzie raźno, z podniesioną gołą głową, jakby nie padało, zaczynam rozmyślać, jakbym ją mógł opisać, krótką skórzaną kurtkę, a może nie skórzaną, może sztuczną, wymyślam głupie metafory („jej tyłek nie zainteresowałby Sir Mix-a-lota”).

A potem doganiamy ją, deszcz już ustał, wiatr przegonił chmurę, księżyc malowniczo wynurzył się zza kłębiastej zasłony, siedzi w kucki przy trawniku na rogu i trzyma coś w dłoni. Mijamy ją i widzimy, to żaba, żaba! cieszę się na głos, ale nie zatrzymujemy się, dziewczyna wypuszcza zwierzę w trawę i wszyscy idą w swoją stronę.

Idziemy po schodach, trochę się wlekę, nieco zmęczony po całym dniu poza domem, na wysokości pierwszego piętra łączę punkty i ta moja miłość do starej elektroniki i ta dziewczyna z żabą na dłoni, zupełnie jak u Dicka, w „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach”, nie? Ciekawe, że w filmowej wersji bohater wygrywa dziewczynę, a w książce musi zadowolić się żabą. A może ropuchą? Nie pamiętam.

20140511-232709.jpg

Zdjęcie zrobiłem iPhonem i pociągnąłem filtrem „lomographic”. Ciekawe co by o tym pomyślał Dick.

Jazda na rowerze

Lubię taki skecz z serialu „New Girl”, w którym bohater mówi, że czegoś tam się nie da zapomnieć, bo to jest jak z jazdą na rowerze, na co słyszy, że przecież zapomniał, jak się jeździ na rowerze (cięcie, bohater nieudolnie usiłuje jechać na rowerze). I tak właśnie przymierzałem się do notki pt. „dlaczego nie piszę o popkulturze”, w której chciałem na przykładzie jednego filmu pokazać, dlaczego kultura internetowego mędrkowania zepsuła mi zabawę w blogowanie o filmach, ale coś nie mogę. Przecież umiem pisać, tzn. wiem gdzie leżą litery na klawiaturze, umiem je łączyć w wyrazy i zdania, by za ich pomocą wyrażać co mi tam akurat przyszło do głowy, a tu klops, napisałem akapit, spojrzałem, skasowałem, pusty dokument.

Przestraszyłem się. A co jeśli miałem taką długą przerwę i już nie umiem blogować? Blogowanie wymaga wbicia się w rytm, a tu nie gra żadna muzyka. Pustynia rzeczywistości. Może więc zamiast się spinać lepiej puścić się z nurtem, zrobić notkę o tym, co akurat się dzieje. Wskoczyć na rower zamiast rozmyślać o tym, że stoi w piwnicy i trzeba wreszcie po niego pójść.

Ostatnio dużo jeżdżę na rowerze, żeby jakoś wyglądać na premierę, bo co jak powiedzmy przyjdą zrobić sesję do „Vivy”, a ja taki nieforemny? Wstyd. Nie jest łatwo być pisarzem, jak kiedyś wspomniałem, otrzymuję co jakiś czas instrukcje czy też ostrzeżenia od Łukasza Najdera: pokazuje mi zdjęcia polskich pisarek i pisarzy. I jedno wydaje się niezmienne – bez negliżu ani rusz. Udo spod kimona albo rozchełstanie w podomce na łóżku.

Więc jest 1 maja, rano, zjadłem skromne, choć pożywne, śniadanie i wskoczyłem na rower. W uszach składanka „Outrun Europa”, pod kołami – droga rowerowa, jadę sprawdzić, jak daleko się nią da dojechać. Prowadzi z moich suburbiów wprost do centrum Szczecina, tam, gdzie urząd miasta, i pomnik papieża, i takie piękne spacery z watą cukrową i goframi (spożywam gofra, suchego, ale ciepłego, na drugie śniadanie, jest pyszny). Mijam pomnik Czynu Polaków. To bardzo ładny pomnik. Trzy orły na monumencie. Taki totem. Pod pomnikiem przygotowania do pochodu, stojak z mikrofonem i trzy flagi. Polska, unijna i SLD. Jadę dalej, mijam amfiteatr, w las, między psy, rolkarzy i runnersów.

Piękny dzień.

Las arkoński. A w nim nieczynne z powodu remontu kąpielisko i polany. Największa polana nazywa się „sportowa”, bo są na niej boiska, kort i stoły do ping-ponga. I miejsca na grilla albo ognisko. I wielki parking pełen samochodów. Nie ma jeszcze jedenastej, a grill-polany tętnią życiem i kiełbaską.

Droga rowerowa prowadzi z lasu za miasto, do jednej z otaczających Szczecin miejscowości. Kończy się na rozstajach dróg (jedna prowadzi nad jezioro, druga do moich rodzinnych Polic), pod nieczynnym dziś sklepem spożywczym. Przed nim znajduje się parking dla rowerów, stojak typu kołołamacz, zajęty przez czarno-brunatnego kota. Śpi. Robię mu zdjęcie. Budzi się, patrzy na mnie i znów zasypia. Wracam.

Mijam ludzi wracających z pochodu. Pod pomnikiem Czynu Polaków wiatr albo łobuz przewrócił stojak z flagami. Leżą na ziemi. Polska. Unia Europejska. SLD. Wyciągam aparat, bo wydaje mi się to jakieś takie symboliczne, już podliczam lajki na fejsbuku, hoho, taki miejski obiektyw, obserwator taki, hoho, ale zanim udaje mi się wyciągnąć iPhone’a z ciasnej kieszonki rowerowej kamizelki, do upadłych flag podchodzi jakaś parka w weekendowych dresach i je po prostu podnosi. Patrzę, jak stawiają je do pionu, jak nawlekają na kijek zsuniętą biało-czerwoną płachtę i robi mi się strasznie głupio, że sam tego nie zrobiłem.

kot-przystankowy.jpg