Wielka gra

Notatka na marginesie

Młody berlińczyk – oni są zawsze młodzi, odkąd skończyłem trzydziestkę – czeka w kolejce z dziewczyną, trzyma w ręku książkę, grubą, białą, z tytułem wypisanym wielkimi niebieskimi literami, nowe wydanie, stare miało inny tytuł – „Das große Spiel”. Z tyłu okładki wielki blurb pyta „CZY DZIECKO MOŻE OCALIĆ ŚWIAT?”. Chciałbym mu powiedzieć, że to mowa obrończa Hitlera, ale nie mówię. Ogólnie częściej zdarza mi się milczeć niż odzywać.

Mieli zacząć wpuszczać pięć minut temu, nie zaczną jeszcze przez kwadrans, zatem młodzieniec otwiera książkę, czyta, a potem woła dziewczynę, i pokazuje jej jakieś piękne zdanie, ona nie podziela zachwytu, „brakuje mi kontekstu”, tłumaczy się.

Plac zabaw

20140615-231934-83974605.jpg

Podobno Warszawa to miasto, w którym nie ma dzieci. Tzn. są, ale poukrywane w domach, szkołach i zajęciach dodatkowych; nie ma ich na podwórkach.

Na moim podwórku dzieci jest pełno. Grają w piłkę na trawniku pod tabliczką z napisem „Zakaz gry w piłkę”, ścigają się na rolkach, budują pogańskie ołtarzyki z kwiatków i trawy, bawią w dom na chodnikowych schodach, i w podchody, znacząc kredą całą okolicę. Czasem po prostu rysują i piszą „ZAPRA SZAM KLUB PSZ YJA ZNI”.

Na małym placu zabaw — piaskownica, karuzela, drabinka, dwuosobowa huśtawka — wieczorem siedziały dwie starsze dziewczynki. Jedna kręciła się na karuzeli, rozpuszczonymi włosami zasłaniając twarz, druga owinęła się wokół drabinki i zauważyła filozoficznie „teraz, kiedy mam czternaście lat, ten plac zabaw wygląda inaczej”.

„Poczekaj, aż będziesz miała trzydzieści pięć”, odpowiedziałem w myślach.

Kobiety, które nienawidzą kobiet

Odnośnik

W jednej z najważniejszych scen „Mrocznego Rycerza” (2008), raczej przeoczonej przez internetowych łowców kultowych cytatów, diaboliczny Joker oferuje posadę w swoim gangu członkom pokonanej mafii. Ale gangsterów jest dwóch, a miejsce jedno, tak samo jak jeden jest ostro zakończony złamany kij bilardowy. W tym momencie zza kadru powinien wyjść słoweński filozof Sławoj Żiżek i powiedzieć widzom: „Dokładnie w taki sposób kapitalistyczny patriarchat szczuje na siebie kobiety”. 

Czytaj całość…

Cronut

Notatka na marginesie

Zwykle śnią mi się wojny, pociągi, nieistniejące sklepy pełne starych i nieistniejących zestawów Lego i wielki Szczecin, przecudna metamorfoza tego prawdziwego, zawsze ta sama, mógłbym mapę narysować.

Ale dziś, na chwilę przed przebudzeniem, przyśniło mi się, że chodzę po mieście w poszukiwaniu Cronuta. I nie mogłem zrozumieć, dlaczego żaden z cukierników nie wpadł na to, żeby go mieć w ofercie; zbudziłem się, i nadal nie rozumiem.

Bym

Notatka na marginesie

Reklamy banku na mieście zachęcają do brania kredytów hasłem „Nie ma -bym” i przykładowymi świadectwami „kupiłabym nowy aparat”.

Z pierwszoosobowego „kupiłabym” robi się trzecioosobowe „kupiła”; wraz z wzięciem kredytu twoje „ja” przechodzi na własność banku. I nawet się z tym nie kryją.

1989

Nie chce mi się podsumowywać „25 lat wolności”, to wymaga długiego eseju (i kto go kupi). Jeśli zaś wrzucę do googla „1989” i adres mrw.blox.pl, to wyskoczy parę wyników; umiłowałem sobie jednak ten oto fragment jednej z notek:

Upadek komuny śledziłem z zainteresowaniem, ale w 1989 bardziej zajęty byłem komputerem MSX. Dokładnie natomiast pamiętam, jak pani od polskiego pokazała książkę dla dzieci o Jezusie i powiedziała, że teraz może być w szkolnej bibliotece, a kiedyś nie mogła. Dopiero po latach zrozumiałem, że to wcale nie był symbol wolności.

To była ta sama pani, której wcześniej musiałem tłumaczyć się z nieobecności na pochodzie pierwszomajowym (nie mogłem pójść, bo dostałem krwotoku z nosa, miałem w dzieciństwie słabą śluzówkę, raz nawet musiało przyjechać pogotowie).

25-lat-Wolnosci-Coca-Cola[1]Powyższe korpoprzejęcie memu „wolność” jest o tyle prawdziwe, że w Szczecinie i okolicach nie było Coca-coli, tylko Pepsi, z rozlewni browaru Bosmana (dziś wykupionego przez któregoś z piwnych potentatów). Pepsi przez to dostało łatkę biedacoli („nigger cola”) i kombinuje dziś z różnymi akcjami typu „wyzwanie smaku”. Reklama tego przedsięwzięcia leciała wczoraj w kinie (podobno 60% uczestników w ślepej próbie wybrało smak Pepsi), usłyszałem z tyłu głos  „ale to była manipulacja! Pepsi podawali schłodzone, a Coca-colę ciepłą!”

Możesz oszukać czasem cały naród, ale nie oszukasz pojedynczego Polaka.

Niespodzianka

„Bat Out of Hell” chyba kiepsko nadaje się na soundtrack rowerowego spaceru; a może wręcz przeciwnie, może właśnie to mementori mori, ta historia zbuntowanego młodzieńca, który pędzi na motorze jakby go gonił sam szatan i rozmyśla o dziewczynie — jedynej dobrej rzeczy na tym świecie — przez co nie zauważa nagłego zakrętu i kona przy wtórze ściany dźwięku, obok płonącego motoru, w kałuży własnych wnętrzności, patrząc jak wciąż bijące serce wylatuje z klatki piersiowej niczym „bat out of hell”,  może to jest właśnie dobra piosenka, kiedy pędzisz drogą rowerową, żeby pamiętać o przecinających ją zdradliwych skrzyżowaniach i wyjazdach ze stacji benzynowych. I jest taka długa, że zdążyłem dojechać do centrum, zanim Meat skończył wypruwać sobie struny głosowe.

Centrum okazało się zapchane, drogi rowerowe pełne obcych ciał: najpierw zablokowało mnie jakieś katolickie roztańczone towarzystwo, okupujące skwerek pod Kaskadą, zatraceni w ekstazie wleźli na ścieżkę i nie słyszeli dzwonka, poza tym — typowa niedziela, ożywione trupy mieszczan z rzadka wypełzających na świeże powietrze, więc jak już lezą, to lezą bez pomyślunku.

Ale nie spodziewałem się, jak bardzo zapchany będzie park Kasprowicza; zanim się przez niego przebiłem, Meat Loaf zdołał zaśpiewać całą piosenkę, jeden z tych operowych kawałków Jima Steinmana o tytule dłuższym niż długość tekstu przeciętnego popowego hiciora.

Na szczęście dalej było lepiej i dojazd na Głębokie, gdzie postanowiłem nagrodzić się puszką zimnej coli zero, odbył się bez przeszkód. Przeciąłem las, wpadłem na szosę i już, byłem na miejscu. Odstałem chwilę w kolejce do kiosku z lodami i napojami w cenach mocno rynkowych i kupiłem sobie owo zmrożone trofeum, a potem już miałem ruszać w powrotną drogę, gdy —  niespodzianka! — zobaczyłem mojego tatę.

Też przyjechał na rowerze, tylko z północy, nie z południa; prawie tak samo daleko, spotkaliśmy się w połowie drogi, strasznie się ucieszyliśmy z tego spotkania. Przeleciało mi przez głowę, ile zbiegów okoliczności się na to złożyło, że trafiliśmy na siebie w tak małym okienku czasowym, że drzemka poobiednia z powodu nocy spędzonej nad klawiaturą, że park zapchany, że w ogóle się zwlokłem, bo już mi się nie chciało (w perspektywie miałem pompowanie opon) itp.

20140603-191639-69399767.jpg

Pogadaliśmy chwilę, o rowerach (tata ma piękną czarno-białą szosówkę, uwieczniłem na foci wyżej) i „a co tam słychać”, a potem zobaczył moje sznurówki i zrobił mi surowy, ojcowski wykład na temat niebezpieczeństw związanych ze zbyt długimi sznurkami, a potem dopilnował, żebym je odpowiednio zawiązał i powtykał i obiecał, że w domu je skrócę.

I tak właśnie spędziłem dzień dziecka.