Nie mam na to hashtaga

Kiedy wstaję i podchodzę do pierwszych drzwi, akurat całe 10% mózgu mam pochłonięte rozmyślaniem nad faktem, że zwrotka piosenki „A Little Party Never Killed Nobody” z soundtracku „Wielkiego Gatsby’ego” w ogóle nie ma związku z refrenem, chwytam się rurki i zstępuję na schodek, i wtedy motornicza się obraca w moją stronę i coś mówi, ale ja nie słyszę co, bo Fergie właśnie próbuje przekonać swojego „sweet baby”, że mała prywatka? impreza? (myślę sobie na odpowiednim polskim słowem) jeszcze nikogo nie zabiła, więc dopiero po ułamku sekundy wpadam w poczucie winy i próbuję zrozumieć co przeskrobałem, że jest do mnie mówione, drzwi raczej działają, wsiadałem nimi, czy nie wolno za rurkę łapać, czy stać na schodku, bez sensu, dziwię się, a ona znów coś mówi, więc wyciągam słuchawkę i wyciągam szyję w stronę kabiny, żeby lepiej usłyszeć, ale zamiast tego lepiej widzę — słuchawkę i kabelek z mikrofonem ginący w kieszeni, gdzie jest podłączony do telefonu, przez który z kimś rozmawia, w ogóle nie zwracając na mnie uwagi, tramwaj staje, ja wysiadam, Fergie śpiewa, ale jej już nie słucham, pochłonięty myślami nad cyfrowymi murami oddzielającymi człowieka od człowieka.

Śmiej się, pajacu

Gdy tylko zweryfikowałem, było już po północy, akurat pisałem jakiś artykuł, prawdziwość informacji o śmierci Robina Williamsa (duże portale, komunikat policyjny, wreszcie — wątek żałobny na 4chanie: nikt nie trolluje trolli), jedyne, co mi przyszło do głowy, to stara anegdota uwieczniona przez Alana Moore’a w „Strażnikach”.

Watchmen-joke„Ale doktorze, to ja jestem Pagliaci”. Tym nazwiskiem Moore nawiązuje oczywiście do najlepszej opery w historii (to moja osobista opinia, nie znam się zbytnio na operze, ale wiem co mi się podoba):

Śmiej się, pajacu, choć bolejesz niezmiernie!

Przeczytałem dziś też dyskusję o tym, że polska literatura powinna być bardziej radosna i afirmacyjna. To faktycznie ciekawa kwestia. Czemu pajace się nie chcą śmiać?

Robina Williamsa lubiłem najbardziej jako kosmitę Morka z sitcomu „Mork and Mindy”. Pajac nie musi się śmiać, kiedy program nagrywany jest z publicznością.

Któregoś dnia to miasto będzie należeć do mnie

„Któregoś dnia to miasto będzie należeć do mnie.”

Dopiero od znajomej dowiedziałem się, że kiedy w „Miłości w czasach nienawiści” Chrome patrzy na miasto i myśli, że kiedyś będzie należeć do niej, jest to nawiązanie do Świetlickiego.

Może znałem i zapomniałem? A może stworzyłem bohaterkę, która postawiona w takiej sytuacji nie mogła pomyśleć niczego innego, może każdy patrząc na nocne miasto i myśląć o przyszłości musi pomyśleć „Któregoś dnia to miasto będzie należeć do mnie.”

Ta chwila przychodzi w sobotę o poranku. Moje odbicie miga w witrynie zamkniętego sklepu, całe w czerni, poza różowymi conversami, kiedy pędzę ścieżką rowerową, i nagle słyszę w głowie głos „to miasto należy do mnie”, ale tylko dlatego, że jestem w nim sam, to nieprawda, nie jestem w nim sam, spotykam jeszcze parę osób, rowerzystów i psiarzy, ale czuję się, jakbym był sam, i myślę sobie o Świetlickim i o Chrome, i że w ogóle coś dużo myślę, a kiedy wjeżdżam w las Arkoński to jakbym się wbił w chmarę myśli, nagle szaleją mi idee, zdania, akapity, obrazy, kody, notki, aż nie wiem za co się najpierw złapać, aż wreszcie uświadamiam sobie, że ten cały czas, co nie jeździłem, bo miałem popsuty rower, to wcale nie byłem durny, tylko niedotleniony.