Pokolenie TL;DR

Googlam zawzięcie za recenzjami i wzmiankami, bo to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy związanych z pisaniem: odciskanie swoich śladów w piaskach czasu.

Tędy trafiłem na serwis gikz.pl, gdzie internauta o nicku „furry” (hmm…) opisuje aktualny pakiet Bookrage.org, mój zbiór „Jeśli zginiesz w grze, zginiesz naprawdę” (proszę kupować, bo zbieram na iPhone szóste!) recenzując takimi słowami:

Teksty ewidentnie blogowe, dawkowane w małych porcjach, dobre pewnie dla pokolenia tl;dr. idealne do poczytania na smartfonie w tramwaju czy kolejce do okienka pocztowego.

I myślę sobie „czo ten internauta”; jakie znowu blogowe, jakie pokolenie tl;dr, toż to uczciwe felietony po siedem tysięcy znaków każdy (czasem zdarzy się jakiś nieco krótszy, czasem nieco dłuższy). Prasa papierowa upadła i #dziecisieci nie mają pojęcia, że np. „Świat wg. Orlińskiego” serwowany co tydzień w „Dużym Formacie” liczy sobie całe cztery tysiące ze spacjami?

Nawet nieuważnie obcując z powieścią „Jetlag” zauważy się długość rozdziałów; są one faktycznie dość krótkie (po 3-4 tysiące znaków, tak je sobie wymyśliłem z różnych przyczyn, których nie chcę teraz poddawać analizie), przez co wiele razy spotkałem się ze stwierdzeniem, że są one „blogowe” (co jest oczywiste, bo przecież mam bloga, a nawet dwa). A co jeśli przeciwieństwo jest prawdą? Mówiłem to już wiele razy i powtórzę: piszę zwarcie, bo nauczyłem się tak pisać w ciasnych przestrzeniach prasy papierowej, gdzie ideę czy historię trzeba upchać czasem w 3-4 tysiącach znaków (a czasem i w połowie tego), co wcale takie proste nie jest i zwyczajnie wymaga sprawności i dyscypliny intelektualnej.

To internet i blogi w szczególności pozwalają na puszczenie hamulców i tworzenie tekstów „za długie, nie przeczytam”. Skrót ów jest z lubością używany jako dowód upadku obyczajów i ach-ta-dzisiejsza-młodzież, ale znowu — to przeciwieństwo jest prawdą. Nigdy nie powiem „tl,dr” na długi, ale treściwy tekst, ale takich tekstów jest bardzo mało. Przeciętny wykwit blogowy to absurdalnie duża liczba znaków poświęcona na absurdalnie małą ilość kalorycznej treści (o ciekawej czy świeżej idei już przez grzeczność nie wspominam).

Zakończyłbym ten wpis apelem o to, żeby pisać „krótko i treściwie”, ale wątpię, żeby prawdziwe Pokolenie TL;DR — pokolenie internetowych, wodolejnych grafomanów — go posłuchało.

Soundtrack

Słucham sobie starych piosenek Marina&The Diamonds, w oczekiwaniu na nową płytę.

Dzięki czemu przystanek przed celem, gdy dostrzegam dziewczynę, która siedzi i bawi się włosami, kręcąc loka z długaśnego kosmyka, z całym poniedziałkowym dąsem wypisanym na twarzy odbijającej się delikatnie w szybie tramwaju, iPod pozwala przeczytać mi w jej myślach:

[Download]

Jeśli zginiesz w grze, zginiesz naprawdę

Jakoś nie mogę się ogarnąć, żeby blogować z „trasy”. Ale obiecuję, że jak wrócę, to walnę full gonzo, i filmiki, i anegdotki, i cały ten jazz.

Ale mam taką historyjkę, jak nocą wracając pijany z krakowskiego spotkania, gdzie z kwiatem tegorocznych debiutantów odpowiadaliśmy na pytania starszego kolegi (którego szczodre częstowanie wódką było zresztą przyczyną, że byłem pijany), wstąpiłem do McDonalda po jakąś przekąskę, bo to niedobrze tak na pusty brzuch; lokal był pełen młodzieży, jak na juwenaliach, w końcu był to pierwszy weekend roku akademickiego. I gdy tak czekałem po porcję frytek, zauważyłem dziewczynę, która wyglądała zupełnie jak Ramona ze „Scotta Pilgrima”. Miała włosy w kolorze morza i czerwoną szminkę.

ramonaZupełnie jak Ramona.

Więc powiedziałem „cześć” i spytałem czy się inspirowała Ramoną.

Powiedziała, że owszem, trochę.

Więc spytałem, nawiązując do koloru jej włosów, czy słyszała o seapunku.

– O sajpanku? – spytała.

– Seapunku – powtórzyłem. – Sea, jak morze.

– Nie – odpowiedziała – ale słyszałam o sajba ma nach.

– Sajba ma nach? – teraz ja, wciąż pijany, nie zrozumiałem.

– CYBERMANACH – powtórzyła wyraźniej.

– Aaa! – krzyknąłem – Doktor Who!

– No właśnie! – i pokazała mi swój szalik w Tardisy.

– Ojej, jaki śliczny – zachwyciłem się – A od kiedy oglądasz?

– No jak, od pierwszej serii, z Ecclestonem.

Pokazałem dwa kciuki aprobaty.

A potem poprosiłem ją o pozwolenie na zrobienia zdjęcia, obiecując, że nie wrzucę go do internetu, więc musicie mi uwierzyć na słowo. A potem zawołali ją znajomi, a ja dostałem moje frytki i magiczny moment przeminął.

A piszę o tym dlatego, że jeśli chcecie poczytać o Ramonie, seapunku, Cybermanach i wielu innych rzeczach, wystarczy nabyć – za co łaska – najnowszy pakiet bookrage.org. Obok zbioru felietonów papieża polskiej fantastyki, Macieja Parowskiego i tekstów z okazji COPYCAMP 2014 (w tym słynnego papieża internetu, Cory Doctorowa), znajdziecie tam zbiór mojej okołogrowej publicystyki (ze specjalną niespodzianką dla fanów „Jetlaga”) pt. „Jeżeli zginiesz w grze, zginiesz naprawdę”. Zapraszam&polecam!

mrw-gry-cover-vector