Sen 2/1/15

Śniło mi się, że czytam satyryczne prawicowe opowiadanko o ateiście, który poszedł do nieba. I nie, że siedzę i mam u c z u c i e czytania, nie, normalnie litery w druku, metafory, zdania, wszystko pamiętam.

Nie czytałem go wcześniej, więc zwyczajnie sam je tym snem napisałem.

2014

O roku, uff.

Rok temu napisałem na tamtym blogu:

W nowy rok wchodzę z nadzieją, że będzie lepszy; że zbiorę owoce dotychczasowej udręki, czego i Wam życzę.

I faktycznie, spędziłem 2014 na owocnych żniwach. Wyszedł „Jetlag”, wydałem publicystyczny zbiorek „Jeśli zginiesz w grze, zginiesz naprawdę”, moje opowiadanie „Miłość w czasach nienawiści” (link w poprzedniej noci) ukazało się na papierze, wygrałem turniej jednego wiersza i zaprezentowałem go na nocy poetyckiej w Krakowie. Oprócz Krakowa odwiedziłem Warszawę (w tym Radio Dla Ciebie i TVP Kultura), Wrocław, Łódź, Gdańsk i Polcon w Bielsku-Białej. Napisałem kilka artykułów dla wyborcza.pl. Poznałem całą masę wspaniałych ludzi. Zapuściłem brodę. Zapuściłem dwa blogi, przepraszam, postaram się coś z tym zrobić!

Strasznie się zmęczyłem, ale jestem też strasznie szczęśliwy.

Pokolenie TL;DR

Googlam zawzięcie za recenzjami i wzmiankami, bo to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy związanych z pisaniem: odciskanie swoich śladów w piaskach czasu.

Tędy trafiłem na serwis gikz.pl, gdzie internauta o nicku „furry” (hmm…) opisuje aktualny pakiet Bookrage.org, mój zbiór „Jeśli zginiesz w grze, zginiesz naprawdę” (proszę kupować, bo zbieram na iPhone szóste!) recenzując takimi słowami:

Teksty ewidentnie blogowe, dawkowane w małych porcjach, dobre pewnie dla pokolenia tl;dr. idealne do poczytania na smartfonie w tramwaju czy kolejce do okienka pocztowego.

I myślę sobie „czo ten internauta”; jakie znowu blogowe, jakie pokolenie tl;dr, toż to uczciwe felietony po siedem tysięcy znaków każdy (czasem zdarzy się jakiś nieco krótszy, czasem nieco dłuższy). Prasa papierowa upadła i #dziecisieci nie mają pojęcia, że np. „Świat wg. Orlińskiego” serwowany co tydzień w „Dużym Formacie” liczy sobie całe cztery tysiące ze spacjami?

Nawet nieuważnie obcując z powieścią „Jetlag” zauważy się długość rozdziałów; są one faktycznie dość krótkie (po 3-4 tysiące znaków, tak je sobie wymyśliłem z różnych przyczyn, których nie chcę teraz poddawać analizie), przez co wiele razy spotkałem się ze stwierdzeniem, że są one „blogowe” (co jest oczywiste, bo przecież mam bloga, a nawet dwa). A co jeśli przeciwieństwo jest prawdą? Mówiłem to już wiele razy i powtórzę: piszę zwarcie, bo nauczyłem się tak pisać w ciasnych przestrzeniach prasy papierowej, gdzie ideę czy historię trzeba upchać czasem w 3-4 tysiącach znaków (a czasem i w połowie tego), co wcale takie proste nie jest i zwyczajnie wymaga sprawności i dyscypliny intelektualnej.

To internet i blogi w szczególności pozwalają na puszczenie hamulców i tworzenie tekstów „za długie, nie przeczytam”. Skrót ów jest z lubością używany jako dowód upadku obyczajów i ach-ta-dzisiejsza-młodzież, ale znowu — to przeciwieństwo jest prawdą. Nigdy nie powiem „tl,dr” na długi, ale treściwy tekst, ale takich tekstów jest bardzo mało. Przeciętny wykwit blogowy to absurdalnie duża liczba znaków poświęcona na absurdalnie małą ilość kalorycznej treści (o ciekawej czy świeżej idei już przez grzeczność nie wspominam).

Zakończyłbym ten wpis apelem o to, żeby pisać „krótko i treściwie”, ale wątpię, żeby prawdziwe Pokolenie TL;DR — pokolenie internetowych, wodolejnych grafomanów — go posłuchało.

Jeśli zginiesz w grze, zginiesz naprawdę

Jakoś nie mogę się ogarnąć, żeby blogować z „trasy”. Ale obiecuję, że jak wrócę, to walnę full gonzo, i filmiki, i anegdotki, i cały ten jazz.

Ale mam taką historyjkę, jak nocą wracając pijany z krakowskiego spotkania, gdzie z kwiatem tegorocznych debiutantów odpowiadaliśmy na pytania starszego kolegi (którego szczodre częstowanie wódką było zresztą przyczyną, że byłem pijany), wstąpiłem do McDonalda po jakąś przekąskę, bo to niedobrze tak na pusty brzuch; lokal był pełen młodzieży, jak na juwenaliach, w końcu był to pierwszy weekend roku akademickiego. I gdy tak czekałem po porcję frytek, zauważyłem dziewczynę, która wyglądała zupełnie jak Ramona ze „Scotta Pilgrima”. Miała włosy w kolorze morza i czerwoną szminkę.

ramonaZupełnie jak Ramona.

Więc powiedziałem „cześć” i spytałem czy się inspirowała Ramoną.

Powiedziała, że owszem, trochę.

Więc spytałem, nawiązując do koloru jej włosów, czy słyszała o seapunku.

– O sajpanku? – spytała.

– Seapunku – powtórzyłem. – Sea, jak morze.

– Nie – odpowiedziała – ale słyszałam o sajba ma nach.

– Sajba ma nach? – teraz ja, wciąż pijany, nie zrozumiałem.

– CYBERMANACH – powtórzyła wyraźniej.

– Aaa! – krzyknąłem – Doktor Who!

– No właśnie! – i pokazała mi swój szalik w Tardisy.

– Ojej, jaki śliczny – zachwyciłem się – A od kiedy oglądasz?

– No jak, od pierwszej serii, z Ecclestonem.

Pokazałem dwa kciuki aprobaty.

A potem poprosiłem ją o pozwolenie na zrobienia zdjęcia, obiecując, że nie wrzucę go do internetu, więc musicie mi uwierzyć na słowo. A potem zawołali ją znajomi, a ja dostałem moje frytki i magiczny moment przeminął.

A piszę o tym dlatego, że jeśli chcecie poczytać o Ramonie, seapunku, Cybermanach i wielu innych rzeczach, wystarczy nabyć – za co łaska – najnowszy pakiet bookrage.org. Obok zbioru felietonów papieża polskiej fantastyki, Macieja Parowskiego i tekstów z okazji COPYCAMP 2014 (w tym słynnego papieża internetu, Cory Doctorowa), znajdziecie tam zbiór mojej okołogrowej publicystyki (ze specjalną niespodzianką dla fanów „Jetlaga”) pt. „Jeżeli zginiesz w grze, zginiesz naprawdę”. Zapraszam&polecam!

mrw-gry-cover-vector

Śmiej się, pajacu

Gdy tylko zweryfikowałem, było już po północy, akurat pisałem jakiś artykuł, prawdziwość informacji o śmierci Robina Williamsa (duże portale, komunikat policyjny, wreszcie — wątek żałobny na 4chanie: nikt nie trolluje trolli), jedyne, co mi przyszło do głowy, to stara anegdota uwieczniona przez Alana Moore’a w „Strażnikach”.

Watchmen-joke„Ale doktorze, to ja jestem Pagliaci”. Tym nazwiskiem Moore nawiązuje oczywiście do najlepszej opery w historii (to moja osobista opinia, nie znam się zbytnio na operze, ale wiem co mi się podoba):

Śmiej się, pajacu, choć bolejesz niezmiernie!

Przeczytałem dziś też dyskusję o tym, że polska literatura powinna być bardziej radosna i afirmacyjna. To faktycznie ciekawa kwestia. Czemu pajace się nie chcą śmiać?

Robina Williamsa lubiłem najbardziej jako kosmitę Morka z sitcomu „Mork and Mindy”. Pajac nie musi się śmiać, kiedy program nagrywany jest z publicznością.

Brązowe koszule i niebieskie marynarki

W kwietniu 2006 roku miałem 27 lat. Do Polski przyjechał David Mitchell, który a) jest jednym z moich ulubionych pisarzy b) jest starszy ode mnie o 10 lat. Gdy wychodził „Widmopis” („Ghost written”), miał trzydzieści. W kwietniu 2006 roku miałem 27 lat i patrzyłem na debiut Mitchella jak na kamień milowy, do którego sam się zbliżam. Jakiś czas później zacząłem pisać pierwszą, porzuconą wersję „Jetlaga”.

autografmitchel[1]

Przeprowadziłem wtedy z Davidem wywiad dla „Esensji”, starając się wyciągnąć z niego jak najwięcej dla siebie.

MRW: Co dzisiejszy David Mitchell chciałby powiedzieć Davidowi Mitchellowi piszącemu „Widmopis”?

DM: Wspaniałe pytanie. W przyszłym miesiącu spotykam się z holenderskim pisarzem Ceesem Nooteboomem, który napisał „The Following Story”. Piękna książka. Szkoda, że nie jest znany poza Holandią i Niemcami. I to jest pytanie, które mam zamiar mu zadać: „Co byś powiedział swojemu 37-letniemu ja?”.

W każdym razie powiedziałbym, że małżeństwo z Keiko to dobry pomysł. Powiedziałbym: najważniejsi są ludzie, pamiętaj, aby skupiać się na ludziach, nie na strukturze ani pomysłach, ale na ludziach. Rozpoczynaj po początku i kończ na chwilę przez zakończeniem. Pomyśl o pisaniu biografii postaci. Powiedziałbym: jeśli masz problem, wyraź ten problem słowami. Jak najjaśniej i najdokładniej jak potrafisz. A kiedy wyrazisz ten problem słowami, rozwiązanie stanie się oczywiste. Sprawdza się to w pisarstwie i sądzę, że również w życiu. Ale musisz być szczery, nawet gdy cię to rani – szczerość to klucz do – klik klak – drzwi problemu. Brązowe koszule i niebieskie marynarki nie pasują do siebie. Brązowy i niebieski to jest pomysł kiepski. Nie martw się. Postaw dużą kasę na Chelsea podczas mistrzostw w 2004 i 2005. Arogancja jest wrogiem, który cię zatrzymuje, odcina od ludzkich opowieści. Nie pobłażaj sobie. To, że możesz coś zrobić, nie znaczy, że powinieneś to robić – w sensie artystycznym.

„Czerstwe”

Kiedy zaczyna literatura?

Czy jak siadasz do klawiatury i stukasz, stukasz, stukasz, aż jest wystukane?

A może kiedy wpadasz na pomysł i ten pomysł tak rośnie, rośnie, i nosisz go w głowie?

A może kiedy do tego pomysłu zaczynają przyklejać słowa i zdania, i nagle eksplodują w gotowe akapity?

A może jak wchodzisz do tramwaju i widzisz np. chłopaka, i po krótkim przeskanowaniu wiesz już wszystko o jego życiu, skąd się wziął i dokąd zmierza?

Nie, literatura zaczyna się wtedy, kiedy przychodzi plik .doc z włączoną rejestracją zmian albo gruba koperta z wydrukiem, w której znajdujesz np. słowo „czerstwe” napisane na marginesie, przez chwilę toczysz wewnętrzną walkę z urażoną dumą, a potem zgadzasz się i pokornie wywalasz czerstwe zdanie.

czerstwe

I do końca życia czujesz wdzięczność za każdą „bezlitosną” uwagę redaktorki.

Ego

Gdy w 2007 zacząłem pisać książkę, która z „Jetlagiem” ma wspólny jedynie tytuł i autora, jednym z wielu problemów na jakie natrafiłem (poza tym, że — patrząc z dzisiejszej perspektywy — byłem za młody i za głupi), było oddzielenie autora od dzieła. Wiadomo, że moja książka jest i tak pełna mnie, ale wtedy przekroczyłem granicę, za bardzo się odsłoniłem: napisałem prawdę o sobie, a tego się nie robi. Cieszę się, że porzuciłem tamten projekt po kilkunastu tysiącach znaków.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem pisząc teraz, było wyjęcie mojego ego z równania.

Tak sobie o tym jakoś przypomniałem na koncercie Arcade Fire, kiedy zagrali piękną piosenkę „The Suburbs”, z płyty pod tym samym tytułem.

W jednej zwrotce — mojej ulubionej — Win Butler śpiewa: „Czy rozumiesz, dlaczego chcę mieć córkę póki jestem młody? Chciałbym ją trzymać za rękę i pokazać jej trochę piękna, zanim zostanie zniszczone. Ale jeśli proszę o zbyt wiele, ześlij mi syna.”

Piosenka pochodzi z 2010; w kwietniu 2013 współzałożycielka AF i żona Butlera, Régine Chassagne, urodziła syna. Ironiczne, nie?

A w czerwcu 2014 usłyszałem na własne uszy, jak Win Butler wykonując „The Suburbs” w Berlinie zamiast „send me a son” zaśpiewał „send me a perfect son”; wzruszyłem się.

Blackhole black

blackholeblack

Pod zdjęciem „Jetlaga” na półce z książkami Gibsona i Couplanda fejsonauta napisał: „jakieś sci-fi byś napisał, a nie”, na co inny odpisał mu „To jest sf, tylko nikomu nie mów!”

Cóż mogę rzec, unikając analizowania własnej książki? Między fantastyką i prozą realistyczną przebiega dziś bardzo cienka linia. Oto ubrałem postać w „najmodniejszy odcień czerni”, który nazwałem — żeby ładnie brzmiał i robił wrażenie, że jest tak czarny, że aż pochłania światło — „blackhole black”. To czysto postcyberpunkowy gadżet.

I proszę, ktoś to już produkuje.